Obcując od czasu do czasu z biedą najbogatszej części świata, jaką jest Europa, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie biedy o wiele głębszej, której nie można przezwyciężyć bez pomocy z zewnątrz.

O. KRZYSZTOF KOŁODYŃSKI SVD

Prowadź! Gdzie oni mieszkają? – rzucam do mojego współpracownika, szefa jednej z dzielnic naszej parafii. – Jest mi bardzo przykro, że najbiedniejsze dzieci nie zostały włączone do programu pomocy, a wasze wcisnęliście na listę! – dodaję zdenerwowany.
– Wybacz, ojcze – odpowiada ze spuszczoną głową Gervais. – Tu każdy uważa się za biednego.
Pospiesznie wędrujemy między małymi ceglanymi domkami pokrytymi blachą. Schodzimy ze wzgórza, idąc wzdłuż prostych ogrodzeń z bambusa. Nagle wychodzimy na dziwne podwórko z niskim budynkiem pośrodku. Mój przewodnik zatrzymuje się i ręką wskazuje coś na kształt małego chlewika.
– Nie czas na żarty, Gervais, prowadź dalej! – ponaglam.
– To tutaj, ojcze! – odpowiada.
– No, nie mów… – urywam, bo trudno mi to sobie wyobrazić.
Jesteśmy zatem na miejscu. W dawnym kurniku, gdzie kiedyś trzymano ptactwo domowe, teraz mieszka rodzina. Gervais podchodzi do tylnej części budynku i puka w kilka zbitych desek, zasłaniających dziurę prowadzącą do środka.
– Hodio! – nawołuje tradycyjnym zwyczajem. Czekamy.
Po chwili dłoń ze środka przesuwa pokrywę. Na czworakach wynurza się niewysoka kobieta i podaje nam rękę. 

Lampka z puszki po pomidorach 

Nie dowierza, że chcę wejść do środka. Bardzo o to proszę. Nie ufam już nawet swoim ludziom. Chcę na własne oczy przekonać się, w jakich warunkach żyje ta pominięta rodzina. To tak naprawdę matka z szóstką dzieci. Okazało się, że najstarsza trójka jest w wieku szkolnym, ale
żadne nie podjęło edukacji. Kobieta pozostawiona przez swego męża boryka się ze straszną
biedą.

Wchodzimy do środka. Na kolanach. Przeciskamy się przez ledwo oświetlone pierwsze pomieszczenie. Aby wejść do drugiego, głównego pomieszczenia, ponownie musimy iść na kolanach. Kobieta w totalnej ciemności znajduje zapałki i zapala małą naftową lampkę, zrobioną z puszki po koncentracie pomidorowym. W rogu pokoju leży trochę szmat. W drugim, na sianie i rozłożonym materiale, śpi najmłodsze dziecko. Niemowlak. W trzecim rogu stoi garnek, a za nim kilka emaliowanych naczyń. Ot, cały dobytek sześcioosobowej rodziny.

Modlitwa i praca

Dowiaduję się, że mieszkają tutaj już trzeci rok. Za drobne pieniądze kobieta wynajęła ten kurnik od sąsiadów. Proszę mojego współpracownika, aby zebrał potrzebne dane dzieci i ustalił, do której szkoły będzie można je posłać.

W ten sposób powoli zapełniała się lista stu dzieci. Dzięki Stowarzyszeniu Missio Misericordiae i pośrednictwu mojego współbrata o. Zdzisława Grada SVD otrzymywałem dofinansowanie do edukacji. Szła za tym również modlitwa „duchowych adopcyjnych rodziców”.

* * *

Na początku problem braku edukacji nie był widoczny. Z czasem jednak coraz częściej napotykałem dzieci, które się nie uczyły. W ciągu dwóch lat mojej pracy w diecezji Ambatondrazaka zorganizowałem lokalną grupę Ezaka Iombonana (Wspólne Poruszenie). Bardzo szybko rodzice dzieci, którym pomagaliśmy, stali się wspaniałymi i zaangażowanymi parafianami. To oni wybudowali nam toaletę-wychodek. Wspólnie zbudowaliśmy salę do katechez i odmalowaliśmy nasz kościół. 

Pierwsze uśmiechy dzieci

Cierpienie wielu rodzin, dzięki pomocy często bezimiennych ofiarodawców z Polski, stawało się początkiem dobra. Dzięki temu, gdy wchodziłem do wielu domów, słyszałem, że również ja jestem rodzicem. Po doświadczeniu z rodziną „z kurnika” postanowiłem odwiedzać domy wszystkich dzieci, którym pomagaliśmy. To było jedno z najwartościowszych doświadczeń mojego życia. Początkowo myślałem, że to ja przynoszę im Jezusa. Po pewnym czasie zrozumiałem jednak, że On był tam wcześniej.
Nigdy nie zapomnę uśmiechów bliźniaków Flavio i Flavien. Ich zachowanie zupełnie zmieniło się po pierwszym roku nauki w szkole. Dzięki pani Małgorzacie z Polski, która „przymusiła” mnie do poszukania bliższych informacji o dziewczynce Shakinah, lepiej poznałem los mojej małej parafianki. Ona również pewnego dnia się uśmiechnęła. Dziesiątki takich historii noszę w sercu.

Maryja zadba najlepiej

Dziś, po 9 latach pracy w Polsce, nie zapominam o Madagaskarze. Nie potrafię wymazać tej części misji z mojego osobistego doświadczenia. Teraz jednak pomagam inaczej. W wielu miejscach i przy różnych okazjach opowiadam o misyjnej pracy werbistów. Kilka lat projektowałem kalendarze z fotografiami z misji. Pomogłem w budowie dwóch kościołów w parafii Anosindrafilo. Ostatnio włączyłem się w zbiórkę środków na śniadanie wielkanocne dla dzieci z Mampikony, gdzie pracuje o. Dariusz Marut CSSp. Obecnie planuję nowe działania i piszę książkę. Wszystko, aby pomóc w budowie nowej szkoły u o. Czesława Sadeckiego SVD w Ipasa k. Fianarantsoa na Madagaskarze.

Wiele razy wracam do modlitwy za misjonarzy. Wsparcie tej modlitwy odczuwałem wiele razy, będąc tam. Teraz staram się ją zapewniać z „drugiego brzegu”. Często chwytam za różaniec i już wiem, jak mam działać. Maryja bowiem najlepiej dba o misję swojego Syna i Jego reprezentantów.

Tekst pochodzi miesięcznika Różaniec

Zachęcamy także do odwiedzania strony internetowej pisma www.rozaniec.eu.

O „Różaniec” pytaj w sklepach sieci EMPiK, księgarniach religijnych i parafialnych. Prenumeratę miesięcznika możesz zamówić w Wydawnictwie Sióstr Loretanek: Warszawa, ul. Żeligowskiego 16/20 tel. (22) 673 58 39, e-mail: prenumerata@loretanki.pl

www.loretanki.pl